W Wielkiej Sali od samego rana było słychać tradycyjny uczniowski gwar. Szuranie krzesłami, śmiechy, wypowiadanie szeptem formuł zaklęć oraz pobrzękiwanie sztućców należały tu do codzienności. Pierwszoroczniaki żywo gestykulując rozmawiały o tym, co ich czeka na pierwszym roku swojej edukacji magicznej, piątoklasiści ze zdenerwowaniem rozprawiali o czekających ich w tym roku sumach, a siódmoklasiści omawiali szczegóły owutemów, od których zależało ich życie poza szkolne. Rozpoczął kolejny, dla wielu uczniów zwyczajny rok szkolny, wypełniony nauką, pracami domowymi ale także spotkaniami z przyjaciółmi. Jednak dla jednej z uczennic ten dzień był wyjątkowy. Amy Williams szybkim krokiem przemierzała korytarze Hogwartu, szukając drogi od dormitorium Gryfonek do Wielkiej Sali. Przejście przez frontowe drzwi i Sale Wejściową wydawało się o wiele prostsze niż przemierzanie gąszczu korytarzy oraz wspinanie się po wciąż przemieszczających się schodach. Gdy po raz trzeci minęła ten sam gobelin, dziewczyna z rezygnacją osunęła się po ścianie, gdzie chowając twarz w kolanach, postanowiła umrzeć z głodu i pragnienia. Po chwili zdała sobie sprawę, jak głupia i infantylna jest ta myśl, więc podniosła głowę i chwiejąc się na nogach wstała. Otrzepując szatę z kurzu, postanowiła w końcu zapytać któregoś z przechodzących uczniów o drogę. Podniosła wzrok i szczerze zdumiona, zauważyła, że w odległości kilku stóp od niej, z piekielnie poważną miną ktoś stoi. W wysokim, rudym i piegowatym chłopaku rozpoznała jednego z braci Rona, Freda lub George’ a. Widząc jej zdziwioną minę, uśmiechnął się, podchodząc bliżej.
- Długo mi się już tak przyglądasz…? – spytała Amy z lekkim zażenowaniem, wpatrując się w swoje buty.
- Taaa… Gdy po raz drugi minęłaś gobelin starego Baltazara, postanowiłem cię dyskretnie śledzić, żeby zobaczyć jak w końcu wyzbywasz się swej dumy i pytasz o drogę. – rzekł bez najmniejszego skrępowania jeden z bliźniaków, uśmiechając się szerzej. – Bystra to ty nie jesteś, kilka razy byłaś już naprawdę blisko Wielkiej Sali, wystarczyło zejść na sam dół, skręcić w lewo, potem iść prosto, znowu w lewo… A zresztą, zaprowadzę cię, jeśli nie masz nic przeciwko? McGonagall zawsze mówiła, że mam mózg wielkości bahaniego jajka, nic się nie stanie, jeśli trochę się spóźnię.
Powiedział teatralnie oferując swoje ramie czarnowłosej. Amy uśmiechnęła się nieśmiało.
- Pewnie i tak już nic nie zdążę zjeść, może zaprowadzisz mnie od razu do klasy eliksirów…? – zapytała Amy, skutecznie ignorując ramie Weasley’ a, które zaczęło podrygiwać w nieokreślony sposób. – Eeee… Wybacz, ale jeszcze was nie rozróżniam… Fred czy George…?
- Nie martw się, nawet nasza własna matka nas myli! – powiedział bliźniak, udając, że ściera łzę, spływającą mu po policzku. - Fred, miło cię znowu spotkać. A teraz ruszajmy, chyba nie chcesz zepsuć sobie reputacji w pierwszym dniu szkoły?
Zakończył swoją wypowiedź promiennym uśmiechem i ruszył w stronę portretu. Po wyszeptaniu przez Freda kilku słów, obraz ustąpił miejsca dziurze w ścianie, przez którą biegł ciemny korytarz. Będąc już na progu rudzielec machnął na Amy, która wciąż stała w miejscu patrząc przez okno. Rzuciła okiem ostatni raz na majestatycznie poruszające się między chmurami hipogryfy i pognała z uśmiechem za znikającą czupryną bliźniaka
- Hej, Amy! Gdzie ty się podziewałaś?! Czekaliśmy na ciebie przy stole, ale się nie pojawiłaś… - powiedziała Hermiona z wyrzutem, gdy czarnowłosa zajęła puste miejsce koło niej (obok ławki w której siedzieli Harry i Ron) w zimnej i ciemnej klasie eliksirów. – Rano jak wychodziłam, ty jeszcze spałaś, nie chciałam cię budzić… Mam nadzieję, że to nie przeze mnie się spóźniłaś… Dobrze się czujesz…?
Brązowowłosa przyglądała się jej uważnie, bo Amy usiłowała w końcu stłumić śmiech. Droga z Fredem obfitowała w niespodzianki, gdyż bliźniak „przypadkiem” mylił korytarze, przez co zanim znaleźli się w lochach, zahaczyli o Skrzydło Szpitalne, Wieżę Astronomiczną i Bibliotekę. Fred nie mógł odmówić sobie zaczarowania książek, które okładały panią Pince po głowie, niszcząc jej misterny kok. Chichocząc szybko wycofali się z powrotem, choć dziewczyna mogła przysiąc, że bibliotekarka zauważyła kawałek jej czarnych włosów. Przed klasą znaleźli się minutę przed początkiem lekcji, zdyszani, wciąż głośno się śmiejąc. Kilku siódmoklasistów patrzyło na nich jak na wariatów, którzy uciekli ze Świętego Munga. Ale czarnowłosej to nie obchodziło, dawno nie czuła się tak szczęśliwa i radosna, zupełnie jak gdyby wlano jej do gardła kociołek Felix Felicis. Do rzeczywistości brutalnie przywołał ich odgłos dzwonka. Fred mrucząc coś o McGonagall pobiegł w stronę schodów, a będąc u ich szczytu pomachał Amy, uśmiechając się szeroko. Czarnowłosa odwzajemniła uśmiech i popędziła w stronę klasy, modląc się w duchu, by Slughorn zapomniał czegoś lub by wielka sklątka tylno wybuchowa zagrodziła mu drogę…
- Nie… Nie martw się Hermiono, wszystko ze mną w porządku. – rzekła Amy, uspokajając się na tyle, by móc spojrzeć w twarz brązowowłosej. – A rano… eee… po prostu nie byłam głodna po takiej wspaniałej uczcie…
Williams nie miała pojęcia, dlaczego skłamała. Tak naprawdę kiszki grały jej marsza, a jedynym powodem dla którego nie zeszła na śniadanie z Hermioną, była konieczność rozmowy z nią. Miała zamiar wpaść do Wielkiej Sali, porwać ze stołu kilka tostów i zanim ktokolwiek by ją rozpoznał, zbiec do klasy eliksirów. Niestety jej misterny plan popsuł przyziemny brak orientacji… Amy obawiała się, że gdy znajdzie się z brązowowłosą sam na sam, w końcu padną nie wygodne pytania na temat jej dawnej szkoły. Czarnowłosa zdecydowanie nie była gotowa na takie rozmowy, wolała razem z Fredem beztrosko wyśmiewać się z obecnych nauczycieli.
- W każdym razie masz szczęście, Slughorn się spóźnia… Może planuje jakieś efektywne, wielkie wejście…? – powiedział Ron, nachylając się w stronę czarnookiej. – Nie miałbym nic przeciwko, żeby był świrem, wszystko jest lepsze od Snape’ a… I najlepiej niech ma słabość do rudych, piegowatych młodzieńców…
Harry i Amy wybuchnęli śmiechem, jedynie Hermiona miała minę, jakby za wszelką cenę chciała zachować powagę.
- To wcale nie jest śmieszne… To całkowicie nieodpowiedzialne, żeby spóźniać się w pierwszy dzień pracy! Jeśli nadal będzie podchodził tak lekceważąco do przedmiotu, oblejemy owutemy z eliksirów, zobaczycie… - powiedziała, wyciągając z torby druty i kłębek włóczki. – Przynajmniej nie będę marnować czasu…
Williams zauważyła rąbek gazety wystający z torby brązowowłosej. Chwyciła najnowszy numer Proroka Codziennego, rozprostowała go na stole i zaczęła niedbale przeglądać. Po rzuceniu okiem na przepis na nowe Wampirze Ciasteczka (nadziewane prawdziwą wilczą krwią) oraz przeczytaniu artykułu o ucieczce trzech kolejnych śmierciożerców z Azkabanu, natrafiła na stronę z nekrologami. Otworzyła szeroko ze zdumienia oczy, gdy zobaczyła małe zdjęcie mężczyzny, przepasane czarną szarfą. Pod nim, małą, pochyłą czcionką wypisany był krótki tekst: „Alex Simmons, zamordowany przez śmierciożerców.” Amy długo wpatrywała się w fotografię, próbując usilnie coś sobie przypomnieć. Czy to możliwe…? Ten uśmiechnięty, tęgi, starszy pan w niczym nie przypominał przykutego do kamiennego krzesła więźnia Voldemorta… Ten drugi był zarośnięty, zaniedbany, śmiertelnie przerażony… Właśnie ten strach zmieniał całkowicie jego rysy, jedynie w oczach pozostała cząstka dawnego wesołego błysku. A jednak, nie miała wątpliwości, że to właśnie śmierć tego czarodzieja zobaczyła w swoim umyśle… Podniosła wzrok i widząc podejrzliwe spojrzenie Hermiony, pośpiesznie zwinęła gazetę, ostatni raz rzucając okiem na zdjęcie Simmonsa.
- Proszę, chciałam tylko przejrzeć, co tam się ogólnie na świecie dzieje… - powiedziała Amy, podając gazetę Gryfonce. – Te ciasteczka to jest cos, hm? Ciekawe, czy skrzaty potrafiłyby to upichcić… Dodając oczywiście zamiast wilczej krwi trochę toffi na przykład…
- Nie radzę, Fred wcisnął mi kiedyś kilka, według oryginalnego przepisu, mówiąc, że to jakieś kokosowe babeczki… Pół dnia rzygałem! – wtrącił Ron, wywołując nową salwę śmiechu.
Amy również się roześmiała, ciesząc się, że tak łatwo udało jej się wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Jednak jej myśli biegły daleko poza szkolne mury, daleko poza Błonia, dalej nawet niż za granice Anglii… Bawiąc się złotym łańcuszkiem zawieszonym na szyi, wspominała 5 lat spędzonych w Beauxbatons, które teraz wydawały się jej tak beztroskie i przyjemne… Twarze francuskich uczniów przewijały się jej przed oczami, zatrzymując się dłużej przy bliżej znanych jej osobach. Clemence , Sophie, Agnes, Bella i Marcus… Szczególnie ten ostatni był jej bliski, w końcu to z nim spędziła najpiękniejsze chwile w szkole, od niego dostała ten złoty łańcuszek, z którym nie rozstawała się ani na chwilę… I to właśnie jego najbardziej jej brakowało, niestety wszystko między nimi było o wiele za bardzo skomplikowane… To jemu złożyła obietnicę, która zmieniła całkowicie jej życie, przez którą musiała opuścić Francje, wszystkich przyjaciół i tak dobrze znaną jej szkołę… Nieraz zadawała sobie pytanie, czy postąpiła właściwie, ale wystarczyło raz w myślach przywołać jego twarz, by upewnić się, że było warto. Jednak, gdy za każdym razem spoglądała w oczy Hermionie, Ronowi lub Harry’ emu, targały nią wyrzuty sumienia tak silne, że niemal skłonna była natychmiast zerwać przysięgę i powrócić to wygodnego życia. Jednak zdawała sobie sprawę, że już nigdy nie będzie potrafiła normalnie żyć, nawet jeśli wszystko się powiedzie…
Z ponurych rozmyślań czarnowłosą wyrwał głośny huk, gdy profesor McGonagall wkroczyła do klasy z rozwianymi włosami i wyrazem głębokiego szoku i niedowierzenia na twarzy.
- Profesor Slughorn niestety nie będzie dziś mógł prowadzić lekcji… Odprowadzę was do dormitoriów. – powiedziała nauczycielka, uciszając natychmiast wszelkie rozmowy i szepty niosące się po klasie. – Proszę się szybko spakować i ciasną grupą stanąć przed drzwiami.
- Pani profesor… - zapytała Hermiona ze zmarszczonymi brwiami, unosząc lekko drżącą ręke. – Ale z panem profesorem chyba wszystko w porządku…? To znaczy… Wróci jeszcze do nauczania w tym roku? W tym semestrze mieliśmy brać materiał, który w większości pojawi się na owutemach…
- Profesor Slughorn nie żyje, więc nie panno Granger, nie wróci w tym roku. – rzekła McGonagall, po czym w klasie zapadła nienaturalna cisza.
Przyjaciele spoglądali po sobie z przerażeniem, wymieniając między sobą przerażone szepty. Hermiona z wyrazem osłupienia na twarzy natychmiast opuściła rękę i żeby ukryć zakłopotanie, zaczęła się jak najszybciej pakować. Amy ukryła wzrok w podłodze, niezbyt docierało do niej to, o właśnie się stało… Nie znała Slughorna, jednak była pewna, że nie zasłużył on na taką śmierć, w pierwszym dniu nauki, tak niespodziewanie musiał pożegnać się on z życiem...Przed oczami stanęła jej znowu twarz Simmonsa, nie tego z fotografii, ale tego wijącego się w agonii łysiejącego staruszka… Oboje nie zasłużyli na śmierć, a jednak musieli oni stanąć z nią do nierównej walki, którą niestety obaj przegrali…
- Pośpiesz się, McGonagall się niecierpliwi… - szepnęła czarnowłosej do ucha Hermiona.
Amy nie odpowiedziała, chwyciła podręcznik do eliksirów, różdżkę i byle jak upchnęła do torby, pragnąc z całego serca wreszcie się stąd wydostać… Zarzuciła torbę na ramię, wyszła z klasy i zamiast ustawić się w kolumnie pognała przed siebie. Pięła się po wysokich schodach, szukając drzwi prowadzących na parter, potem na schody, do Pokoju Wspólnego Gryffindoru, do dormitorium dziewczyn a w końcu do jej własnego łóżka z baldachimem. Po chwili, która zdawała sięwiecznością, dziewczyna znalazła się na parterze, a przed nią ukazała się para drzwi: jedne prowadzące do ruchomych schodów a drugie do Wielkiej Sali, gdzie panował niesamowity gwar, mimo, że nie była to pora posiłku. Czarnowłosa chwilę wahała się i mimo, że z całego serca pragnęła odciąć się od tego wszystkiego i po prostu paść na poduszki na swoim łóżku, to ciekawość zwyciężyła. Dziewczyna poprawiła torbę na ramieniu, głęboko odetchnęła i pewnym krokiem weszła do drzwi Wielkiej Sali. Ujrzała ogromne zbiegowisko, co najmniej setki uczniów, kłębiących się przy samym środku Sali. Williams podeszła zaciekawiona bliżej, ale szybko pożałowała swojej decyzji, gdy zobaczyła obiekt ogólnego zaciekawienia. Nigdy nie możemy być pewni, jak będzie wyglądać nasza śmierć. Być może będziemy pochowani z szacunkiem, być może zjedzą nas dzikie zwierzęta, być może zginiemy trafieni śmiertelnym zaklęciem i przeleżymy martwi tygodnie zanim jakiś zagubiony pastuszek nas odnajdzie. Możliwe jest też, że skończymy z porozrzucanymi kończynami, rozwichrzonymi włosami i wydatnym brzuchem na wierzchu. Być może zginiemy tak, jak niestety było dane zginąć Horacemu Slughornowi.